środa, 30 września 2015

Jak pies z kotem

Znalazłam motywację do pisania regularnych postów na blogu, mam nadzieję, że będziecie mnie jeszcze bardziej motywować pisząc komentarze i prowadząc ze mną konwersację pod postami! :)


Największym wrogim i dożywotnią jednostką unicestwienia przez Santę od zawsze były, są i będą koty.
Co zrobić, gdy trzeba zamieszkać z kotem pod jednym dachem?!
To i inne pytania (np. jak przewieźć kota w kilku częściach do weterynarza?) zadawałam sobie patrząc na Santę, której życiowym celem jest zabicie wszystkich kotów na świecie.



Sprawę ułatwiał fakt, że kot wychowywał się z psem i nie reagował panicznym strachem, gdy widział psy na horyzoncie. Niestety, nie był na tyle odważny, żeby wytrzymać w jednym miejscu, gdy wściekła bestia wyrywała się do niego, w wiadomym celu.

Początki nie były łatwe.
Pierwsze spotkanie odbyło się na krótkiej smyczy i w kagańcu. Wcześniej natomiast wymagałam od Santy skupienia w miejscu gdzie kot był i się zmył. Nastawiałam sie na mega trudne zadanie, ale kabanosy skutecznie przekonały Santę - przecież to takie wysuszone koteczki... :)

Kolejna faza, to krótkie spotkanie na podwórku po którym kotek chodził, ale Santa dzielnie czekała na hasło do ataku na kotka, którego rzecz jasna nie otrzymała.

Nadeszła ta chwila kiedy spotkanie - kot-pies przeobraziło się w "jak to kot i nie mogę go zjeść?". Nastał moment przeprowadzki.
Był wieczór, kot chodził niczym ninja i trudno było go zobaczyć i usłyszeć. W taki sposób najwięksi wrogowie spali na jednym łóżku, a pomiędzy nimi wylądował Rafik. Tak dla niepoznaki.

Następnego dnia kot większość życia spędził na moich rękach, a Santa walczyła sama ze sobą. Jej światopogląd odwrócił się o 180 stopni. Nagła zmiana planów. 

Santa doskonale wiedziała, że nie można, ale popędy robiły i nadal (niekiedy) robią swoje. Wygląda to jednak nieco makabrycznie, gdy wielki łowczar rzuca się na małego, słodkiego, czarnego koteczka. Na szczęście żaden atak nie przybrał opcji użycia zębów (co prawda Santa już nieco szczerbata, ale jeszcze kilka zębów jej zostało). Na kocie zazwyczaj zostawała jedna, wielka mokra plama. Trochę lepkiej śliny i niewielki szok.
Santa oczywiście ze świadomością złego czynu sama grzecznie wracała na miejsce i cieszyła się "hehehe przepraszam :x".


Z dnia na dzień ciekawość Santy stawała się coraz większa. Najpierw obserwowała kota z pewnej odległości (co kusiło ją do wystartowania do kota). Z czasem zmniejszała odległość i wyciągając szyję jak ręka Gadżeta zbierała dane o tej czarnej kupce sierści.. Nie wiem czego bardziej się bała - mnie, kota czy własnych popędów, że nie wytrzyma napięcia.

Jestem bardzo zadowolona z faktu, że wystarczyło jedno spokojne słowo i Santa sama odchodziła od kota i z machającym ogonem cieszyła się do mnie i z dumą na pysku "widzisz jaka jestem grzeczna?".

Każdego dnia ten dystans się zmniejszał, aż czas wąchania kota przekroczył kilkanaście sekund a ślina Santy znalazła się na kocie ze względów przyjacielskich (poznania smaku kolacji).
Kot był nieco onieśmielony. Trzymał dystans do Santy, toż to nigdy nie wiadomo czy chce się bawić czy cię zjeść ;)
Ale przyszedł i ten moment, że i kot zaczął bawić się Santy ogonem :D



Morał z tego taki, że jak trzeba to i z największego wroga można uczynić przyjaciela.. :) Wystarczy chcieć, albo mieć nad sobą osobnika wyższej rangi :P

Santa i Koteł nigdy nie zostaną najlepszymi przyjaciółmi. Popędy zostaną popędami, a okres 4 tygodni pobytu z kotem niedługo dobiegnie końca.
Niestety najprawdopodobniej Santa do starości zostanie jedynaczką, więc chce czy nie chce musi się ze mną męczyć w pojedynkę i niestety żaden kot czy inny pies nie wysłucha jej żalów, gdy znowu będzie musiała iść na swoje miejsce za złe sprawowanie.

poniedziałek, 28 września 2015

Przyszły niedoszły hodowca

Mija już prawie tydzień od momentu podjęcia najtrudniejszej decyzji w moim życiu.
Rezygnacja z krycia Santy.
Prowadziłam ze sobą walkę.
Walka pomiędzy sercem i rozumem.
Walka pomiędzy marzeniami a rzeczywistością.
To była słuszna decyzja, ale bardzo bolesna.

Każde wspomnienie, każde zapytanie "jak to nie kryjesz?!" wywołuje u mnie nagły wzrost wilgotności oczu...

To nie jest czas, a przede wszystkim nie jest to miejsce na odchowanie szczeniaków.
Postawiłam sobie wysoko poprzeczkę, jeśli nie byłam wstanie jej dosięgnąć, to znaczy, że czegoś brakuje.

Nie chcę kryć dla własnej przyjemności.  Za bardzo cenię Santę i Philla.  To nie są psy, które rozmnaża się po to by ich potomstwo ujadało za płotem, a ich jedynym zajęciem będzie bezsensowne łapanie rzucanej piłki... To są wyjątkowe psy.
Nie, nie, nie..
Mam inny cel i inną wizje hodowlaną.
Nie nadaję się na bycie egoistką, która powołuje na świat kolejne psy, na które nikt nie czeka.. Dla własnej satysfakcji i biznesu.

Aby krycie doszło do skutku potrzebne mi były pewne 10 osób. Każda osoba doskonale wiedziała o wadach i zaletach Santy i Philla. Z większością się spotkałam. Większość się zakochała, niektórzy się przerazili.
Nie, wbrew oczekiwaniom (tak, wszyscy czekaliśmy, aż Santa coś odwali) Santa żadnego psa nie zagryzła, ba! nawet pozowała do zdjęć. Okazało się, że Owczarek Niemiecki to jest jednak dosyć trudna rasa! Trzeba być konsekwentnym, nieraz trzeba krzyknąć - te psy potrzebują mocnego argumentu zwykłe "piesku nie rób tak"  mają w szerokim poważaniu. I parę innych dziwnych rzeczy, które cechują użytki od innych "miękkich ras"...
Większość była pewna, ze da sobie radę.. pfff przecież to TYLKO Owczarek Niemiecki, ale będą nosiły geny Santy, które utrudniają życie zwykłym śmiertelnikom :D
Cieszę się, że niektórzy zostali i (może) poczekają do momentu krycia Santy, a przez ten czas będą się pilnie przygotowywać do przybycia tej małej Szatańskiej Kulki.

Uważam, że rolą hodowcy jest propagowanie i UŚWIADAMIANIE ludzi, a nie sprzedawanie byle komu i byle co, byle się pieniążki na koncie zgadzały...


Jednak, to brak odpowiedniego miejsca spowodował, że ostatecznie podjęłam tę decyzję.
Na ten moment wróciłam do rodzinnego domu. Wizja była optymistyczna prawie wolne mieszkanie, podwórko.
Mama, Rafik i kot.
Rafik - zapchlony uliczny łazik spowodował, że Santa była (jest) cała zapchlona - nie wspomnę o szczeniaka co może do domu przynieść taki "lotny" pies.
Kot - kot miał być największym wyzwaniem. okazał się łatwizną.
Mama - stosunki z moją mamą pozostawię bez komentarza. Ale mam już dość.


Jeśli dojdzie do krycia, odbędzie się ono wiosną 2017.
Do tego czasu planuję z Santą zrobić IPO1, PT 2, PT3, OBI1, freestyle na DCDC oraz spróbować swoich sił w zawodach APr1, a może i w oficjalnych zawodach IPO?


To będzie intensywny rok.
25 października wybieramy sie do Warszawy na rozpoczęcie grupowych treningów OBI
14 i 15 listopada jedziemy na seminarium, które (błagam) powinno nam pomóc w rozwiązaniu ostatniego problemu z aportem i może coś Jiri Scucka wymyśli z pozycją Santy przy nodze, a właściwie jej głową.
Następnie wybieramy się do Czech na walkę z rękawem, będą leciały iskry... ;)

środa, 9 września 2015

3 lata jak z bicza!

Równe 3 lata temu (kiedy to na początku września temperatury sięgały 25 stopni a nie 10...) Santa zawitała u mnie w domu.

Każdy pies wywraca nasze życie do góry nogami, ale to co zrobiła Santa, a raczej kolejne etapy wspólnego życia i skutki pewnych sytuacji sprawiły, że Santa zrobiła w moim na prawdę niezłe... przemeblowanie ;)


Postawiłam sobie bardzo wysoko poprzeczkę. Wtedy myślałam: "Przy trudnym psie dużo się nauczę, będzie fajnie". Z biegiem czasu, gdy wspominam, to co robiłam na początku ręce i włosy opadają. Zwłaszcza, gdy byłam samoukiem. Na pewno przyniosło to efekty, wiele się nauczyłam.
Teraz mam duży wachlarz doświadczeń i doszczętnie popsutego psa pod względem sportu.
Już nie wespniemy się razem na najwyższe pudło, już nigdy nie osiągniemy takiego poziomu perfekcji, jaki bym oczekiwała.
ALE mam psa, który za pracę ze mną idzie na łeb, na szyję.
Mam psa, który jest zawsze zmotywowany, nawet gdy odwala głupoty na treningu, nawet gdy nawzajem utrudniamy sobie współpracę, nawet gdy dostanie po pysku, nawet gdy 10 raz powtarza to samo i nadal czeka na ten moment, gdy w końcu zrobi to, o co mi chodzi.
Mam też psa, który robi mi na złość i za nic w świecie nie chce na stałe wyprostować tyłka przy chodzeniu na kontakcie, mam też psa, który ma 3 lata i nie potrafi chodzić na smyczy nie napinając jej, charakterystyczne dla tego osobnika jest też puszczanie wszystkiego... oprócz piłki.

I mam psa, który jest najbystrzejszym i najbardziej zaangażowanym w pracę stworzeniem jakie było mi dane widzieć.

Santa pokazała mi też jakiego psa w przyszłości... nie chcę, choć chcę go sobie "zbudować" na fundamentach Santy. Pomimo kilku mankamentów Santa ma to "coś" czego szukam w psie. Tego nie da się opisać, to jest jasne, gdy tylko się na nią spojrzy. Wiem już czego oczekuję od psa, a co skutecznie przeszkadza mi w sporcie i w życiu. Wiem też jak odbierają mnie inni ludzie, toż to jestem odbiciem lustrzanym Santy i szczerze współczuje ludziom.. :)

Gdyby nie pies nie miałabym ŻADNYCH problemów. Ani z rodzicami, ani z tak zwanymi "dobrymi duszami", co wiedzą wszystko i koniecznie muszą pochwalić się temu światu, nie miałabym problemu z wyborem apartamentu na wakacje gdzieś w ekskluzywnym hotelu na Hawajach...

Ale nie miałabym też pasji i pewnie nadal siedziałabym w kącie ze zgaszonymi światłem i użalałabym się jak to mnie ludzie nie lubią, a świat jest taki zły.

Nie nauczyłabym się wyrażać własnego zdania, i co ważniejsze bronić go. Nadal wstydziłabym się tego, że mam plamkę na spodniach, teraz przejście w ufajdanych i z lekka upieprzonym w błocie i piachu stroju to dzień powszechny. No i żaden tężec mi nie straszny. Zakrwawione brudne ręce muszą poczekać na swoją kolej, teraz mamy trening! ;)



Teraz Santa umożliwia mi spełnianie kolejnych marzeń, choć już teraz wiem jak trudno jest przygotować się do hodowli w praktyce, ale o tym... w swoim czasie ;)

A my nadal czekamy na cieczkę!
Phill reprezentuje Polskę na Mistrzostwach Świata IPO w Szwajcarii, razem z naszym trenerem Patrykiem i Aiaxem.
Trzymamy kciuki! :)

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Agility w Kielcach

Wczoraj spotkaliśmy się z kolejnym potencjalnym służbą Szatańskiej Kulki. Obraliśmy kierunek Kielce. Tam Santa miała przemienić się na jeden dzień w psa sportowego Sylwii. To było nie lada wyzwanie, gdyż Santa miała stać się agilitowcem.


Wcześniej wybraliśmy się na spacer do parku i na wodowaniu Santy i do połowy Ozziego.
Niestety Santa nadal nie pożarła żadnego bezbronnego pieska, więc czekam na odzew wszechwiedzących.



















Pojechaliśmy na agility, gdzie również był biegający i szczekający piesek rasy border collie, który także przeżył... Rozłożyliśmy torek. Oddałam psa Sylwii i zaczęła się akcja.
Nie mam co się rozpisywać, to nie ja biegłam z Santą, ale z relacji prowadzącej psa nie wynika na tragedię:
"Z Santą pracowało mi się na prawdę bardzo dobrze. Skakała w Mkach, była szybsza niż oczekiwałam, słuchała tego co do niej mówiłam i nie biegała na pałę. Mi z kolei było bardzo trudno ją dogonić, przez co niektóre ruchy miałam opóźnione, i Sancie było trudniej wykonać to o co ją prosiłam bez rycia pyskiem w ziemię (ona tak hamuje..)
Mając na uwadze to, że miałam z nią kontakt tylko kilka godzin przed treningiem, nie znałam jej dobrze, ona mnie zresztą też dlatego mieliśmy utrudnione zadanie co do komunikacji i trochę obie improwizowałyśmy, jednak po treningu zostałyśmy pochwalone, że jak na pierwszy raz, to byłyśmy świetne!" - Sylwia Drabik













I na koniec film z przebiegów:

środa, 5 sierpnia 2015

Jak mieć psa i nie zbankrutować?

Ze względu na to, że utrzymuje psa z własnej kieszeni od dnia jego przybycia musiałam podejść do sprawy ekonomicznie. Musiałam znaleźć złoty środek miedzy "dobra jakość, a cena".


Psie artykuły należą do jednych z droższych ze względu, ze kupują je "koneserzy", miłośnicy psów, ludzie uzależnieni od zabawek, smyczek i obróżek :)
Jak wiadomo popyt napędza podaż.
Wiele marek każe sobie płacić za samą nazwę, gdzie jakość zostawia wiele do życzenia.

Muszę zaznaczyć, iż nie jestem osobą uzależnioną od kupowania psu rzeczy raz na tydzień, nie kolekcjonuje zabawek ani obroży. Natomiast przykładam szczególna uwagę do jakości i ceny akcesoriów i wykonywanych usług dla mnie i dla psa.



Zacznijmy od samego początku.

Zakup psa
Tak, tak... wiem. Jeśli chodzi o kupno psa, cena nie powinna grać roli. Jasne, zgadzam się. Ale niech ta cena będzie godna jakości kupowanego psa.
Dlaczego mam zapłacić 1500-2000 zł za psa po rodzicach, które mają zrobione minimum z wymogów hodowlanych. Po rodzicach, którzy nie wyróżniają się niczym szczególnym - psychiką, osiągnięciami, zdrowiem, dla niektórych ras i kolorem.
Istnieje zasada - płacę i wymagam.
Jest wiele hodowców, którzy przeceniają wartość swoich psów. Są też tacy, którzy za niewygórowaną cenę sprzedadzą psa przebadanego od A do Z, po Championach czy z dobrym wyszkoleniem.
W Polsce i na świecie jest 1234567890 hodowli - na prawdę, jest w czym przebierać.

Weterynarz
Podobnie jak hodowców weterynarzy jest równie dużo. Są weterynarze z powołania i z trzepania kasy na naiwnych ludziach. Osobiście przeanalizowałam wszystkie kliniki w Zgierzu i w Łodzi. Wyniki są takie jak myślałam - dosyć szokujące. Mnie trafił się świetny weterynarz prawie pod domem (w Zgierzu), do którego mogę chodzić dzień w dzień z każdym zapytaniem, z każda pierdołą. Z kleszczem, z za długim pazurem u psa, na wagę. Za większość usług nie płacę. Płacę tylko za szczepienia i za krople na kleszcze. Usługi są w bardzo dobrej cenie, ba! Za kastrację zapłaciłam 100 zł, gdzie inny wet chciał 300 zł. Po przeprowadzeniu się do Łodzi musiałam znaleźć dobrą klinikę weterynaryjną. A trochę ich jest w Łodzi. Szukając weta, który zrobi RTG trafiłam na klinikę oferującą chyba najdroższe usługi w całym mieście.
Dla przykładu kilka usług i cen:

Klinika weterynaryjna Na Stokach 
- 270 zł za prześwietlenie łokci z wpisem do rodowodu *
- 170 zł za prześwietlenie bioder z wpisem do rodowodu **
- 95 zł za badanie trzustki ***

Personel: mało zainteresowany pacjentami, mało kontaktowi, o wszystko trzeba wypytywać

Klinika weterynaryjna SOWA   
- 220 zł za prześwietlenie łokci (6 zdjęć) + prześwietnie kręgosłupa ( 2 zdjęcia) + narkoza z wpisem do rodowodu *      
- 100 zł za prześwietlenie bioder z wpisem do rodowodu **

Personel: profesjonalna obsługa, konkretne działania, każde badanie wytłumaczone "na co, po co, dlaczego".

Klinika weterynaryjna Włodzimierz Jachman:
50 zł - badanie USG jamy brzucha i jajników + lasery na kręgosłup + leki p-bólowe i p-zapalne
50 zł - lasery na kręgosłup, biodra, łopatki, tylne łapy
20 zł - badanie trzustki ***

Personel: bardzo miła obsługa, jak dla mnie aż za miła (ale kto co lubi), kontaktowi, do każdego psa zazwyczaj przychodzi lekarz i dwóch techników. Za każdym razem, gdy przychodzę pies badany od góry do dołu.

Jak widać nie opłaca się lecieć do pierwszego lepszego weterynarza, który wydaje się dobry, bo "drogi" i ma klinikę.

Karma
Rynek oferuje mnóstwo karm. Dla psów młodych, młodszych, juniorów, młodzieży, dorosłych, dojrzałych, starych. Dla aktywnych, leniwych i grubych. Dla chorych i zdrowych.
Często cena za worek karmy jest kosmiczna - taniej wyjdzie kupić surowe mięso i warzywa/owoce i wyjdzie taniej i zdrowej. Jeśli karma reklamuje się gdzie tylko może, to musi jakoś zwrócić koszta dokładając kolejne złotówki na kilogramie karmy.
Kupuje karmy wysokiej jakości, natomiast nie kupuje karm "popularnych".
Wystarczy przeszukać parę stron internetowych i oczom naszym ukaże się stos karm o wysokiej jakości, z super składem, o przestępnej cenie.

Zabawki i akcesoria
Niestety nie mam nawyku kupowania milion takich samych zabawek - 10 piłek w każdym odcieniu różu i zielonego. Szarpaków z każdego rodzaju splotu i koloru. Smycze na każdy dzień tygodnia, na urodziny cioci, na Boże Narodzenie, na spacer po lesie, a inną na spacer po mieście.
Santa ma jedna piłkę Gappaya (niezniszczalna), gryzak, od czasu do czasu jakiś szarpak i piłkę "memlaczke" do wylewania swoich emocji przy powitaniu. Koniec. Nie widzę, by Santa była nieszczęśliwa. Równie dobrze mogę z nią trenować na trawę, ale zimą o nią ciężko ;)
Ma jeden (!) łańcuszek i jedną (!) obrożę, której i tak od pół roku nie nosi, bo nosi łańcuszek, który jest jedyna idealną, uniwersalną formą trzymania psa na "uwięzi". A no i ta nieszczęsna smycz... Tylko jedna, kurcze :/

Zabawki, to droga zabawa. Niektórzy mają hopla na ich punkcie. Nie wnikam, każde "hobby" jest kosztowne :D Aczkolwiek ekonomicznie jest wymieniać zabawki\, gdy ulegną one zniszczeniu bądź się zagubią... ewentualnie porwie je rzeka, ale zimą ciężko gonić wzdłuż rzeki :x

Treningi / seminaria
Co trener, to metoda. Zanim odnajdziemy swój ideał szkolenia trochę się naszukamy.
Ale przecież jest internet, są opinie ludzi. Niektóre nico przekłamane - a to w zła stronę, a to w dobrą.
Tutaj też każdy może się cenić do woli i jeśli zależy nam na porządnie "zrobionego" psa, trzeba w to trochę zainwestować. Natomiast są trenerzy, którzy po dłuższym zaznajomieniu i regularnym trenowaniu, obniżają cenę oferowanych usług.




PS. 1 Santa miała robione RTG łokci i kręgosłupa. Wyniki
ED: 0/0
Kręgosłup: bez zmian (bez spondylozy, końskiego ogona, zwężenia przestrzeni międzykręgowych, itp.) 
PS.2 Na dniach spodziewamy się cieczki ^^

piątek, 24 lipca 2015

Przygotowania






Im bliżej, tym ogarnia nas większa ekscytacja. Planowanie, szukanie, dopytywanie, spisywanie listy, długie rozmowy... To wszystko wprowadza w cudowny nastrój, ale też ogarnia w niemały strach.


Do krycia zostało nieco ponad miesiąc. Ja oraz przyszli właściciele Szatańskiego Rodu już zaciskają ręce, rozpisują wyprawkę (niektórzy już kompletują.. każdy radzi sobie na swój sposób :)
Ja wychodzę z siebie, by dobrać idealne miejsce do odchowu
Santo-Phillów.
W końcu je znalazłam.


Wyprawka już zaplanowana, kilku szkoleniowców już powiadomiona o przybyciu trudnego przypadku na szkolenia :)
Przyszli przewodnicy dostatecznie zniechęceni przeze mnie, nadal idą w zaparte :D








 Epicentrum będzie nasze rodzinne mieszkanie w centrum Zgierza z małym podwórkiem, jamnikiem i... kotem. Nie wiem czy przeżyje, ale w planach mamy zamontowanie tytanowych drzwi do każdego pokoju i dla bezpieczeństwa klatka na wysokości dla kota :>

Dla fanów Rafika ten mały, gruby dżentelmen będzie od czasu do czasu gościł na blogu, bo... jest gruby i będę go odchudzać... Pół roku nie ma Marty w domu i się rozleniwiło dupsko.

Już niedługo na blogu będzie nieco aktywniej. Przyjdą nowe wyzwania:

- oswojenie Santy z kotem (najlepsza interaktywna zabawka numer jeden, a jaka smaczna)
- odchudzenie Rafika do 8 kg (boję się sprawdzić ile teraz waży, ale z 10-11kg)
- zachować dobre relacje miedzy Santa a Rafikiem
- przygotowanie domu pod szczeniaki
- i konsekwencja krycia :P



czwartek, 16 lipca 2015

Mały Mistrz

Wybaczcie, że tak długo nic nie pisałam. Mój grafik dzienny uległ znacznej zmianie... Nigdy nie dorastajcie i nie idźcie do pracy!



Ostatnimi czasy mocno zaczęłam doceniać postępy, które pojawiają się z dnia na dzień. Przy takim psie, gdzie niepożądane zachowania zakorzeniają się jak takie wrzecionowate najgorsze zło, które jak wyrywasz, to i tak gdzieś zostają szczątki w glebie. I tylko walczysz, żeby nie pozwolić im wyjść na światło dzienne.
Santa jest wrażliwym myślicielem, co oznacza, ze wystarczy jedna ODPOWIEDNIA korekta w ODPOWIEDNIM CZASIE. Jak się spóźnisz ułamek sekundy nic ci to nie da...
Postępy pojawiły się w domu:
- w końcu udało mi się wyegzekwować utrzymanie pozycji przy wychodzeniu z domu. Co nie jest takie łatwe, bo wyjście z domu wywołuje u Santy wskoczenie na wysoki poziom ekscytacji (tak, tak... błędy przeszłości). Co prawda już od daaawna Santa przed wyjściem z domu ma sobie usiąść, czekać.... bla bla, co z tego jak emocje po zwolnieniu było słychać nieraz w promieniu 1km... Zwłaszcza, gdy wiedziała, ze idzie do samochodu ( tak, tak to ta opcja "jestę, wiec myślę").
Obecnie jest błoga cisza i czekanie przed drzwiami. Po tworzeniu drzwi nieraz ciągnę ją smyczą i wymagam, by trzymała pozycji. O ile mój pies jest jakimś Einsteinem w psim świecie ja też musiałam błysnąć rozumem i przypomnieć sobie co robię w domu, żeby pies swoje emocje wylał na nie na mnie, a na piłkę.... Piłki ze sobą na spacery nie bierzemy, ale przecież zawsze mamy smycz. Tak wyeliminowaliśmy dodatkowo wydawanie z siebie dźwięków... ciągniecie. Boli mnie trochę ręka w barku, bo przecież trzeba się poszarpać ze szczęścia, ale.. sprawia mi to o wiele więcej przyjemności niż szarpanie się z nią gdy ciągnie ;) Santa ma wpojone noszenie zdobyczy, która wycisza psa i tak o to mamy błogi spokój na spacerach.


na spacerach:
- parę postów wstecz pisałam o resocjalizacji Santy z psami. Od tego momentu pojawiło się kilka incydentów - paradoksalnie nie ze strony Santy :P  Brakło mi sił, gdy wróciłam z pracy i dowiaduje się, że jakiś bury kundel rzucił się na Sante, gdy ta leżała przywiązana.............................  Potem wybrałam sie na ekstremalny spacer wśród debili z psami, czyli do parku. Trochę sie tak Santa zjeżyła, gdy mijałyśmy psy, aczkolwiek ostatnia sytuacja, gdy pies wybiegł rozszczekany z klatki schodowej a Santa nie zareagowała, na komendę usiadła i czekała i się nawet nie zjeżyła <3
Wczoraj spotkałyśmy spaniela, który z radości, ze zobaczył psa telepał się jak jak narkoman na głodzie. To było wyzwanie. Dotychczas Santa miała przyjemność spotkania się ze spokojnymi, nie prowokującymi psami. Ale, ze było to spotkanie trzeciego stopnia, musiałam jej pozwolić się obwąchać, ku mojemu zdziwieniu... Sancie wzięło się na podrygiwanie do zabawy :D


przed, w trakcie, po treningach obrony:
- to jest duże wyzwanie. Nie szlifowane i niekontrolowane emocje jakie towarzyszyły nam od początku rozwinęły się i bardzo "brudzą głowę" Santy. Postanowiłam i z tym zawalczyć. Kiedyś po wyjściu z samochodu Santa wchodziła w tryb "no dawaj mi go, ja mu pokaże, dawaj, no już, gdzie on jest!". Najpierw była korekta po wyjściu, na otrząśnięcie, ale mało skuteczna - przy takim pobudzeniu to sobie mogę.. nawet kolczatką. Trzeba było oddalić się od celu, czyli pozoranta (heh... to nawet mogło być puste boisko, ale słyszała, ze była obrona...). Im dalej, tym emocje spadały, wiec za każde oglądniecie się za siebie korekta. Wymóg sikupy. Pochodzenie po trawce, natomiast sprytna bestia doskonale wiedziała, kiedy wracamy. Na początku to było siłowanie się i układ taneczny: do przodu, do tyłu, do przodu, do tyłu, obrót, w lewo i w prawo, wolno, wolniej, szybciej, stop. Pies nauczył się, ze nie można ciągnąc. Natomiast napięcie i emocje tylko czekały, aż wciśnie się przycisk "detonacja". Ćwiczyliśmy tez między wejściami, kiedy emocje były niższe, a pies spełniony. Na początku i to sprawiało trudność, bo o ile pies już zaspokoił swoje potrzeby gryzienia, to nadal interesowała się tym co na boisku. Jeszcze nie jest idealnie, ale przynajmniej pomiędzy wejściami Santa potrafi się już zrelaksować i rozluźnić nie zwracając uwagi na boisko, ani na stojącego pozoranta poza nim. Jest progres.


na treningu:
- o ile zaczęłyśmy regularne treningi obrony, to tyle ja nie mogę regularnie z nią chodzić na spacery... Błędne koło, które powoduje niekiedy zbytnie pobudzenie. Natomiast długotrwały konflikt na linii oszczekanie-pozorant-rękaw-namiot został zażegnany i teraz możemy się cieszyć pięknym wbieganiem do namiotu. Teraz jeszcze poczekać, aż będzie się wbijała w rytm od razu.
- kiedyś coś tam pisałam, że mamy jakieś cele... Jednym z nich było puszczanie. Jakoś tak się udało i puszcza nawet rękaw ;)


Trening z wczoraj: